Izba tortur znajdowała się w piwnicach starego ratusza, gdzie zbudowano również piec do spalania ofiar. Głównym rekwizytem tortur był sprowadzony z Cukmantla "tron czarownic". Podobny do szewskiego zydla o trzech nogach, wykonany z kloca bukowego, okuty był dookoła stalowymi taśmami. Siedzenie najeżone było gwoździami przypominającymi zęby do grabi. W środku pnia tkwił najdłuższy gwóźdź. Na nogi ofiary zakładano żelazne klamry uniemożliwiające jakiekolwiek ruchy nóg. Tron czarownic był jednym z narzędzi tortur, ale narzędziem najokrutniejszym, na którym zazwyczaj wykańczano ofiary. Ten makabryczny rekwizyt - jak twierdzi Paul Kutzer - jeszcze w połowie ubiegłego stulecia poniewierał się na śmietnisku w Jarnołtówku.
Przesłuchiwanie i sądzenie ujętych osób trwało nie dłużej jak 8 dni, po czym ogłaszano wyrok. Zawsze zresztą jednakowy: kara śmierci. Bywało, że ofierze ścięto głowę już przed wyrokiem.
Urojonym miejscem spotkań czarownic były Piotrowe Kamienie, góra w Jeseniku Wielkim (Hruby Jesenik), położona nieopodal szczytu Jeseników - Pradziada. Tam właśnie, zdaniem sędziów, odbywały się sabaty czarownic. Oskarżenie mówiło, że:
Przed lotem na Piotrowe Kamienie czarownice sporządzały maść z maku, psianki (grzyb) i ludzkiej krwi, którą nacierały całe ciało. Podróż odbywały na miotłach, żerdziach i szczudłach. Na szczycie góry stał tron czarciego księcia, któremu czarownice po przybyciu na miejsce, składały ofiary. Najbardziej okazale prezentowała się przed tronem kochanica diabelskiego księcia - królowa czarownic. Po sutym, obficie zakrapianym obiedzie rozpoczynano diabelskie tańce i orgie, przerywane jedynie na picie wina. Było wiele uciechy i śmiechu, najwięcej wtedy, gdy podchmielone towarzystwo zaczęło się potykać, upadać i kłócić między sobą. Nikt jednak nie miał prawa upić się do nieprzytomności. Czarownice stanowiły pokaźną armię, o czym miał świadczyć między innymi fakt, że sprzedano im różnego rodzaju owoce i wino za niebagatelną kwotę 2.000 talarów.
Głupotę, zabobon i ciemnotę inkwizytorów "opiewali" wiele lat później wędrowni grajkowie. W swoich pieśniach przekazywali wiele nieprawdopodobnych, ale prawdziwych wydarzeń. Oto kilka z nich:
Pewna gospodyni w Biskupowie skarżyła się, że jej krowy wskutek jakichś czarów dają mało mleka, z którego ponadto w żaden sposób nie można zrobić masła. Wysoki sąd doradził jej, aby obserwowała, w którym domu zaświeci się o północy światło. Winna wtedy podejść do tego domu i zajrzeć przez okno do izby. Zapewne zobaczy nagą kobietę, która robi masło. Będzie to właśnie czarownica. Którejś nocy, dokładnie o północy, zaświeciło się światło w sąsiednim domu. Kobieta nie zaglądając nawet przez okno, przekonana, że jest to właśnie poszukiwana czarownica, wzięła miotę, umoczyła ją w gnojówce, wpadła do domu sąsiadki i pobiła ją dotkliwie. Nazajutrz powiadomiła sąd o znalezieniu wiedźmy.
W Konradowie krowy rolnika Brauera również nie dawały mleka. Ten jednak udał się do samego kata, który po przybyciu do stajni Brauera fachowym rzutem oka stwierdził autorytatywnie, że krowy są istotnie pod wpływem czarów. Aby je odczarować zdjął ze ściany krucyfiks, wziął z kuchni nóż i wręczył te przedmioty gospodarzowi. Ten na polecenie kata wbił nóż między kolana Zbawiciela. W tym czasie kat wygłaszał odpowiednie i niezawodne zaklęcie. Po zakończeniu ceremoniał oświadczył, że nikt z tego domu nie może wyjść przez osiem godzin. Pierwsza osoba, która wejdzie do domu z zewnątrz, to właśnie czarownica.
W Jarnołtówku mieszkała cicha, spokojna babcia. Solą w oku sąsiadów był fakt, że mimo podeszłego wieku i braku sił do pracy, staruszce dzięki jej pracowitości i zapobiegliwości powodziło się zupełnie nieźle. Przypisano to w końcu czarom, a babinę okrzyczano czarownicą. Kobieta nie wytrzymała szykan i powiesiła się. Ten akt rozpaczy uznano jako dowód tego, że była czarownicą i jako taką pochowano ją nie na cmentarzu, a na rozstajnych drogach.
Wróćmy jednak do Głuchołaz. Najbardziej krwawe żniwo zebrano tu w okresie od sierpnia do listopada 1651 roku. W ciągu niespełna pięciu miesięcy stracono 21 osób, w tym 19 kobiet i 2 mężczyzn. Oto nazwiska ofiar:
- żony obywateli miasta: Georga Wagnera, Jana Teura, Eliasza Kladecke, Eliasza Phla, Marcina Muecke, Jana Bergera, Jana Scheiblivha, Kasora Koehlera, Bartlomieja Schillera, Michała Elsnera,
- teściowa Jana Dittmansa,
- Barbara Bluessel, Katarzyna Hanke, Sybilla Andres, Urszula Olmeter, Urszula Gruettner, Anna Ludwig, Urszula Loser, Krystyna Dauman,
- Jan Schadernicht i Mateusz Guettner.
Walka z zabobonami, ciemnotą i zbrodnią nie była łatwa ani bezpieczna. Ci, którzy odważyli się wystąpić przeciw inkwizytorom kończyli zazwyczaj tak jak czarownice. A jednak znalazł się jeden odważny, który zwalczając inkwizytorów, uniknął śmierci. Był to Fryderyk von Spee (1591-1635) jezuita, profesor uniwersytetu w Wuerzburgu. Napisał w 1631 roku książkę pt. "Rzecz (Uwagi) o zbrodniach, czyli procesach przeciw czarownicom". Książka została wydana wiele lat po śmierci autora. Po jej napisaniu byłą przepisywana przez zakonnych skrybów i rozdzielana potajemnie między osoby godne zaufania. Kolejna publikacja przeciw sądom ukazała się drukiem dopiero w 70 lat później. Były to dysputy protestanta Friedricha.
Ostatni sąd nad czarownicami na Ziemi Nyskiej odbył się w roku 1684, ale wiara w czarownice przetrwała przez długie jeszcze lata, tyle tylko, że nie sądzono ich i nie palono na stosie.
Autor: Stefan Morajko
o autorze
