Dobrze zagospodarowane miasto i urodzajne pola spodobały się żołnierzom do tego stopnia, że niewielka grupa pozostała tu, założyła rodziny i w ten sposób powstała wieś, którą nazwano Polski Świętów (Polnisch Wette). Reszta wojska po dwumiesięcznym wypoczynku udała się w domowe pielesze do Polski. Przed odejściem z Głuchołaz posadzili żołnierze w samym środku rynku małą lipkę. I nie był to przypadek czy kaprys. Jan III Sobieski, wspaniały król i wódz oprócz pięknej Marysieńki kochał również przyrodę. Szczególnie upodobał sobie dęby i lipy. Żołnierze znali tę jego słabość i dlatego wszystkie zwycięskie szlaki znaczyli w drodze powrotnej sadząc dęby i lipy. Na wiedeńskim szlaku obok Głuchołaz posadzono lipy również w Radkowie i Gliwicach. Wróćmy jednak do naszej lipki. Mijały dziesiątki i setki lat. Mała lipka stała się potężnym drzewem stanowiącym ozdobę głuchołaskiego rynku. Ze szczytu swej korony spoglądała z radością, jak miasto rozwija się i pięknieje. Wyrastały jak grzyby po deszczu wokół niej piękne stylowe kamienice. Od wschodu królowały smukłe wieże kościoła parafialnego, a na południu wieża bramy górnej, strzelista wieża kościoła ewangelickiego a dalej Promenadenstrasse, dziś Aleja Jana Pawła II, prowadząca do parku zdrojowego i na Górę Chrobrego. Pod lipą spacerowały setki kuracjuszy, którzy przyjeżdżali do Głuchołaz po zdrowie. Czarowała ich w lecie pięknym kwieciem i przyjemną wonią lipowego kwiatu. Nadeszły jednak trudne lata. Wojny śląskie, napoleońskie, pierwsza i druga wojna światowa były okresem pełnym przykrych i tragicznych wydarzeń. Ale i te lata przeżyła głuchołaska lipa. Nadszedł rok 1945, a z nim wyzwolenie. Wreszcie mogła lipa kwitnąć i pachnieć dla potomków tych, którzy ją tu posadzili - Polaków. Ale radość drzewa trwała krótko. Ze zdziwieniem i sutkiem spoglądało, jak z otaczających je kamienic spadają dachówki, pordzewiałe kawałki rynien, a z murów odpada tynk. Na domiar złego zbudowano u jej stóp dziwaczny wodotrysk, który nie tylko szpecił zabytkowy rynek, ale jeszcze przeraźliwym szumem wody zakłócał spokój lipy i mieszkańców. Iskierka zabłysła jeszcze po zwycięstwie "Solidarności" i nastaniu pełnej demokracji. O ile za czasów komuny lipa odwracała się do kamienicy, w której mieścił się Komitet PZPR i sławetne Prezydium MRN, to po 1989 roku zaczęła zwolna pochylać się w tamtą stronę, kłaniając się burmistrzowi, rajcom i siedzibie szlachetnej organizacji związkowej. Nie pomogły jednak niskie ukłony i nieme błagania. Miasto było nadal zaniedbane, rozkopane, a kamienice groziły zawaleniem. I kiedy wyliczyła, że w ciągu ostatnich czterdziestu lat odnowiono zaledwie dwie kamienice i stwierdziła, że rynek upodabnia się do ruin rzymskiego Koloseum, nie wytrzymała, postanowiła skończyć z tym wszystkim, bo cierpieć dłużej niw miała sił. Pewnej jesiennej nocy runęła na bruk. Była jeszcze na tyle szlachetna, że tego aktu samobójczego dokonała nocą, dzięki czemu nie było zabitych, rannych i przestraszonych. A szkoda! Niech chodzi bynajmniej o ofiary. Lipa mogła poczekać do rana lub południa i dopiero wtedy spadać powoli i majestatycznie. Mogła przy tym smagać po nogach i nie tylko rajców i ojców miasta. Być może smaganie przeniosłoby niektórym rozum z nóg do głowy, może sesje przestałyby być terenem kłótni na linii miasto - wieś, a z obrad zniknąłby w końcu stały temat zmian na stanowiskach burmistrzów, zastępców i nowych nazw głuchołaskich ulic. Zmiany, owszem, są wprowadzane, ale niczego dotąd nie naprawiają. Może dzięki gałązkom lipy znaleźliby się tacy, którzy dobrowolnie ustąpiliby miejsca ludziom energicznym, przedsiębiorczym i mądrym. Tego, niestety lipa - samobójczyni nie przewidziała.
Jeśli ktoś po przeczytaniu tego felietonu poczuje się dotknięty, to przypominam, że jest tylko legenda i nie wszystko w niej musi być prawdą
Autor: Stefan Morajko
o autorze
