Pierwszy znaczniejszy pożar zanotowały kroniki w 1470 roku. Jedynym korzystnym następstwem tego pożaru był specjalny przywilej biskupi dla pogorzelców, który pozwalał im na szybką odbudowę spalonych budynków. Następny zapis kroniki dotyczy pożaru w 1498 roku. W poniedziałek w dniu św. Marcina, zapewne 7 grudnia pożar strawił bez mała połowę rynku wraz z kramami i ladami, których nie udało się naprawić, trzeba było budować nowe. Również w rynku wybuchł kolejny pożar w 1536 r. Jeden z groźniejszych pożarów zanotowano w dniu 9 października 1560 r. Gwałtowna burza z piorunami spowodowała w sąsiednim Cukmantlu (Zlate Hory) groźny pożar, a gwałtowna wichura przeniosła płomienie ognia do Podlesia, a potem do Głuchołaz. Mimo, że pożoga trwała niewiele ponad dwie godziny, od 10.00 do 12.00, spłonęły wszystkie domy, stodoły ze zbożem, jedynie mury obronne i wieże bramne uniknęły zagłady. Przez wiele lat trwała odbudowa miasta i kiedy wróciło ono do normalnego życia, nadszedł znów pechowy październik, tym razem 20-go po południu, a z nim groźny pożar. Kronika nie podaje przyczyn pożaru, mówi jedynie, że wybuchł w gospodarstwie Jerzego Langera. Całe swoje mienie straciło w skutek ognia dziesięć gospodarstw i dwa budynki mieszkalne. Zapisano między innymi, że hodowca Henryk Schenwitz stracił cały dobytek ratując jedynie żonę i poparzone dzieci. Każdy z poszkodowanych otrzymał od władz miasta dostateczną do budowy ilość budulca i zwolnienie z wszelkich danin i podatków na trzy lata. Kolejny pożar nawiedził Głuchołazy w 1604 roku. Tym razem spłonął dom wójta, stojąca obok wójtostwa wieża strażnicza oraz znacznemu zniszczeniu uległy obwarowania miejskie. Podobne klęski dotykały wówczas wiele innych miast Śląska, Czech i Moraw. Ówczesny władca tych krajów, król pruski Ferdynand Wielki postanowił zmniejszyć do minimum pożary. Wydał w 1748 i 1751 roku edykty, które zobowiązywały władze wszystkich miast do budowania domów z cegły krytych dachówką. Polecił swoim urzędnikom, aby dopilnowali likwidacji wszystkich budynków drewnianych krytych słomą. W 1763 roku wprowadzono na Śląsku "przepisy o gaszeniu pożarów" i powołano ochotnicze straże pożarne werbując do nich przede wszystkim tych, którzy ukończyli służbę wojskową. Na rozkaz króla zaczęto produkować cegły i dachówki przy czym ich producentów król zobowiązał do sprzedaży po jak najniższych cenach pod karą więzienia. Wszystkie te przedsięwzięcia zabezpieczyły miasta na następne lata od groźby pożarów. I dopiero rok 1834 przyniósł największy w dziejach Głuchołaz pożar. Stąd również zapis w księgach miejskich o jego okolicznościach i przebiegu szczególnie dokładny. Stało się to z 2 na 3 lipca za burmistrza Schmidta. Pożar wybuchł w centrum miasta w domu wdowy po bednarzu. Powodem była lekkomyślność jednego z bednarzy. Wrócił on późnym wieczorem do warsztatu po obfitej libacji w mieście i zapalił fajkę. Kiedy wdowa zawołała go do domu, wetknął fajkę w wióra i wyszedł. Od rozżarzonego tytoniu zapaliły się wióry i drewniany warsztat. Sąsiad wdowy zauważył niezwykły blask w warsztacie, sądził jednak, że pracowity bednarz pracuje do późnej nocy i wzmocnił oświetlenie warsztatu. Alarm wszczął strażak z wieży głośnymi dźwiękami dzwonu pożarowego i wołaniem o pomoc. Wyrwani ze snu mieszkańcy zgromadzili się tłumnie na ulicy Różanej ( Rossenstrasse dziś C. Skłodowskiej) z ręcznymi sikawkami i wiadrami. Tymczasem pożar objął całą ulicę, a wiatr przenosił płomienie do centrum miasta. Pierwszą śmiertelną ofiarą pożaru stał się przewoźnik Kosel. Wybiegł on ze swego domku z okrzykiem: " Ludzie, pali się!", ale zanim dobiegł do źródła pożaru, spadła belka z płonącego domu, zabijając przewoźnika na miejscu. Liczba gaszących stale przybywała. Oprócz mieszkańców, miejscowej straży pożarnej i żołnierzy przyjechała tu konno straż pożarna z Cukmantla. Skuteczność gaszenia płomieni utrudniał prymitywny sprzęt składający się z mało wydajnych sikawek, drabin i bosaków. Zdążono uratować przed pożarem jedynie kościół, którego dach o drewnianych stropach zaczął płonąć. Grozę pożaru powiększał nieustanny donośmy dźwięk kościelnych dzwonów miasta i okolicznych wsi, krzyki rozpaczy poparzonych ludzi i ryk bydła, które w popłochu wyprowadzano ze stajni i ciągnięto do lasu. W ciągu dwóch godzin pożar ogarnął cale miasto i trwał przez całą noc. Straty były dotkliwe. 57 domów wraz z zabudowaniami towarzyszącymi zamieniły się w popiół. 160 rodzin zostało bez dachu nad głową, kilkadziesiąt osób groźnie poparzonych, wiele sztuk bydła, trzody chlewnej i drobiu doszczętnie spalonych. Szkody oszacowano na 23 185 talarów w budynkach komunalnych, 3 334 talarów w budynkach prywatnych i 1518 talarów w obiektach wojskowych. Mimo znanych wszystkim przyczyn pożaru, katolicka ludność dopatrywała się głównych powodów w spadku pobożności i szerzącej się rzekomo demoralizacji. Proboszcz Boelkel zwiększył ilość nabożeństw, odbył procesję na zgliszczach miasta, wkrótce po pożarze zorganizował pielgrzymkę do Barda Śląskiego, gdzie przed cudownym obrazem Matki Boskiej Bardzkiej zanoszono modły o ratunek przed dalszymi pożarami. Modły były o tyle skuteczne, ze spadł wkrótce rzęsisty deszcz, który ugasił zgliszcza i zmył popiół z ulic miasta. Pogorzelców nie pozostawiono bez pomocy, wprost przeciwnie, zaczęła ona napływać z bliska i z daleka. Przywożono zewsząd żywność, odzież, materiały budowlane i liczne datki pieniężne. Ministerstwo finansów przeznaczyło na odbudowę miasta 1500 talarów, a król Fryderyk Wilhelm III 2000 talarów. Po kilkaset talarów ofiarowali miastu bogatsi obywatele miast śląskich. Odbudowę rozpoczęto od wójtostwa i bramy górnej. Kosztowało to 1 500 talarów i trwało 4 lata. Jakby mało było nieszczęść, jeszcze pod koniec tego samego roku wybuchł pożar w mieście. Zniszczył on na szczęście tylko 6 domów, stodół i stajni. Był to ostatni pożar miasta w XIX wieku zanotowany w miejscowych. kronikach.
Autor: Stefan Morajko
o autorze
