Miasto nie było wprawdzie ani twierdzą, ani ważnym punktem strategicznym, o który walczyłyby obie armie. Wojna toczyła się głównie na terenach Moraw, Czech, Śląska i zachodnich Niemiec. Głuchołazy leżały w centrum działań obu armii, ale w samym mieście i w okolicy nie rozgrywały się żadne bitwy. Najeźdźcy nie burzyli domów, nie spalili miasta, nie zburzyli nawet murów obronnych. Niewielkim uszkodzeniom uległ jedynie kościół parafialny. Zmorą dla mieszkańców miasta były ciągłe przegrupowania wojsk. Najwięcej ucierpiała ludność od Duńczyków i Szwedów oraz armii skorumpowanego zdrajcy czeskiego Wallensteina, która w pogoni za Duńczykami dwukrotnie przemaszerowała przez Głuchołazy. Rabunki, gwałty i grabieże stały się rzeczą codzienną. Trzeba było dać kwatery dla wojska, wyżywienie, a ponadto płacić kontrybucje, których wysokość zależna była od humoru danego oddziału. Oddawano więc zboże, mięso, siano i słomę, a często bydło, nierogaciznę i konie. Tam, gdzie ludność nie była w stanie zebrać pieniędzy na kontrybucje, rabowano kosztowności kościelne. Ciężary ponosiły również okoliczne wsie. Kroniki podają, że każdy mieszkaniec Charbielina musiał codziennie dostarczyć Szwedom bochen chleba, kurę, 8 jaj, 4 sery, gęś i 6 wiązek słomy. W Konradowie zarekwirowano bydło, nierogaciznę, drób , konie i zboże. Bodzanów ogołocili Szwedzi całkowicie z zapasów żywności, obrabowali doszczętnie klasztor, zabierając nawet wino mszalne, Wielu mężczyzn poszło ochotniczo do wojska, wielu uciekło do Austrii. Władze miasta słały błagalne listy do biskupa wrocławskiego, interweniowały u cesarza, który obiecywał pomoc, ale na tym się kończyło. Wprawdzie w 1636 roku przybył do Głuchołaz Karol Ferdynand Waza, książę polski i zarazem biskup wrocławski. Z bólem serca oglądał tragiczny los parafian, niczego jednak nie był w tanie zmienić, w niczym pomoc.
Jakby mało było tych nieszczęść, dotknęła Głuchołazy, jak zresztą cały Śląsk i Morawy straszliwa epidemia cholery. Wygłodzone organizmy ludzkie nie były w stanie oprzeć się strasznemu wirusowi. Ludzie padali martwi na ulicach, polach, w lasach. Pozostali przy życiu bali się podchodzić do trupów. Brakowało trumien, a w końcu nawet miejsca na cmentarzu. Jeden z kronikarzy zanotował, że na dzisiejszej ulicy Skłodowskiej zmarli wszyscy jej mieszkańcy. Inny (Zimmermann) pisał, że do roku 1633 zaraza dotknęła śmiertelnie około 10 tysięcy mieszkańców Nysy, a w Głuchołazach w tym samym czasie ludność mieszkańców spadła z 14 do 11 tysięcy. W kronice parafialnej Głuchołaz z roku 1628 ówczesny proboszcz Eliasz Born zapisał, że największe nasilenia zarazy miało miejsce w latach 1625 - 28. Tenże proboszcz uważał, że jedynym wyjściem i ratunkiem przez rozszerzaniem się epidemii jest oddanie się pod opiekę św. Rocha. Wprowadzając te słowa w czyn zbudował z własnych funduszy w 1627 roku kaplicę cmentarną św. Rocha przy bramie dolnej. Podobne kaplice stanęły wkrótce w Nysie i Cukmantlu, (Zlate Hory). Budowa kaplic nie powstrzymały zarazy. Stoją one do dnia dzisiejszego stanowiąc cenne zabytki architektury i smutne pozostałości tragedii mieszkańców tych miast w połowie XVII wieku.
Wojna trzydziestoletnia zakończyła się pokojem westfalskim w 1648 roku. W Głuchołazach, na Śląsku i Morawach zapanował upragniony pokój, ale skutki wojny odczuwała ludność jeszcze przez dziesiątki lat.
Autor: Stefan Morajko
o autorze
