Erwin Mecha (Chorzów)
|
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Wspomnienia z odbudowy schroniska pod Kopą Biskupią Chcąc opowiedzieć i wspomnieć okres odbudowy schroniska pod Kopą Biskupią, muszę się wrócić w czasie do 1924 roku. Byłem wtedy pracownikiem Huty Królewskiej, obecnie Huty Kościuszko w Chorzowie, i należałem do organizacji pod nazwą "Afa Bund" - Allgemeiner Freier Angestellten Bund, tzn. Powszechny Wolny Związek Pracowników Umysłowych. Ten związek organizował wycieczkę blisko 1000 osobową młodzieży na Kopę Biskupią. Na podstawie Karty Cyrkulacyjnej przekroczyliśmy granicę państwową w Bytomiu, skąd udaliśmy się do Prudnika. Tutaj spędziliśmy pierwszą noc na kwaterach prywatnych. Pięknym rankiem wyruszyliśmy z Prudnika przez tzw. Szwedzkie Szańce (niem. Schwedenschanze) do Dębowca (niem. Pichhäusel) i do Nowej Wsi, skąd dalej do Pokrzywnej (niem. Wildgrund, później Zwierzyniec). Tutaj na placu przy szosie, niedaleko leśniczówki, nagromadzony był materiał budowlany z odezwą na tablicy dla turystów, aby każdy coś niecoś wziął ze sobą idąc na górę i złożył na wskazanym miejscu. W moim plecaku, który nie był wielki, przeniosłem 2 cegły. Za moim przykładem szli inni, a silniejsi nawet deski taskali na górę. Odłożywszy ten przygodny bagaż poszliśmy na szczyt, gdzie stała mała chatka, w której można było coś kupić, nawet i widokówki kolorowe. Na narożnikach stały duże beczki, w których ujęto deszczówkę spływającą z dachu drewnianym korytem do beczek. Po odpoczynku schodziliśmy gęsiego licznymi serpentynami do Głuchołaz. Ja schodziłem na końcu i dlatego nie zapomnę wspaniałego widoku wijącego się węża, stworzonego przez tę ogromną ilość młodzieży. Po lesie rozległ się potężny śpiew, a melodia Międzynarodówki i innych pieśni proletariackich zwiastowały nadejście socjalistycznej młodzieży, która tu przyjechała z kapitalistycznej Polski, aby się wyżyć, swobodnie śpiewać zakazane w swoim kraju pieśni. Powędrowaliśmy stąd na wzgórze Chrobrego (niem. Helzberg), by po tych emocjach wracać do domu.
Minęły lata, minęła wojna i sprawdziło się łacińskie powiedzenie: Tempora mutantur et nos mutamur in illis (czasy się zmieniają, a my zmieniamy się wraz z nimi). W 1956 roku odbyła się wycieczka pod przewodnictwem dyrektora mgr. Ryszarda Pejdy z Bazy Ciężkiego Sprzętu Budowlanego ze Świętochłowic. Wozami ciężarowymi przyjechaliśmy do Pokrzywnej, skąd pieszo na Kopę Biskupią. Przechodziliśmy wtedy obok zdewastowanego schroniska, które było częściowo zabezpieczone, a którego 30 lat temu jeszcze nie było, o czym oczywiście tylko ja wiedziałem. Mimo woli sięgnąłem pamięcią wstecz i w myśli starałem się odnaleźć owe 2 cegły, które 22 lata temu wyniosłem w plecaku.
W lutym 1957 r. wezwał mnie dyrektor jako ówczesnego prezesa Zakładowego Koła PTTK, informując mnie o możliwości wydzierżawienia schroniska, które jednak trzeba wyremontować doprowadzając światło i wodę. Przewidywał wykorzystać ten obiekt na kolonie letnie dla dzieci i Dom Wczasowy dla pracowników i ich rodzin. Z pełnym entuzjazmem poparłem ten projekt, widząc w swojej wyobraźni jeden nowy obiekt w służbie turystów.
W marcu 1957 r. wyruszyła pierwsza ekipa 5-osobowa w składzie: mgr Czesław Adamczyk, inż. Duda, Stanisław Hewig, Józef Kej i ja. Byli to turyści, których nie mogły zniechęcić kaprysy górskiej pogody, zwłaszcza o tej porze roku. Rozlokowaliśmy się w salce od strony drogi, obok kuchni. Żyliśmy w warunkach polowych. Zaopatrzeniowcem byłem sam schodząc codziennie raz, a nawet i dwa razy, do Jarnołtówka lub Pokrzywnej po prowiant, nosząc go do góry w plecaku dla całej grupy. W Wielką Sobotę wracaliśmy do domu, by po świętach kontynuować podjętą pracę. Dzień był krótki, a lampa naftowa niedostatecznie oświetlała miejsce pracy. Pracowaliśmy bez wytchnienia, aż w końcu skończyliśmy naszą pracę, by malarze mogli rozpocząć swoją. Kiedy koledzy wracali do domu, a ja zostałem sam jeden w schronisku, zrobiło mi się nieswojo. Poszedłem do gospodarstwa na Anusi, zajętego przez rodzinę Giemzików. Rozmawialiśmy jak sąsiedzi, choć byliśmy oddaleni o blisko 30 minut drogi. Gospodarz pracował jako drwal, a jego żona zajmowała się gospodarstwem. Pochodząc z Podhala dobrze byli obeznani z życiem w lesie i w górach. Zdawałoby się, że to ludzie prości i surowi. Jakże byłem zdumiony, kiedy, żegnając się, by wrócić do schroniska, gospodyni proponuje mi, bym wziął ze sobą na noc jej cztero-letnią córeczkę, będzie mi raźniej. Upierała się i w lichym odzieniu odprowadzała nas. Epizodu tego nigdy nie zapomnę rozmyślając nad głębokim sensem i psychologicznym sposobem myślenia ludzi lasu. Nazajutrz wczesnym rankiem, na tle śniegiem przyprószonych drzew i drogi, stała matka przed schroniskiem, by odebrać swoją córeczkę. I tak spędziłem pierwszą noc w schronisku.
W czerwcu odbyło się huczne otwarcie. Na kierownika tej placówki wyznaczono mnie, z czego byłem zadowolony. Miałem nadzieję, iż będę mógł się przyczynić do ożywienia ruchu turystycznego na tym terenie. Obiekt był co prawda przeznaczony jako Ośrodek Wczasowy dla załogi i w czasie wakacji na kolonie letnie dla dzieci naszych pracowników, jednak nie przeszkadzało to w uruchomieniu Stacji Turystycznej. Szybko się zorientowałem, iż trudno będzie z ożywieniem ruchu turystycznego. Turyści z Górnego Śląska byli przyzwyczajeni do wędrówek po beskidzkich szlakach, tu natomiast byli ograniczeni do podejścia i powrotu, nie mając do wyboru większej ilości tras. Było to mało atrakcyjne dla wytrawnych turystów.
Postanowiłem wyznakować kilka tras. Z dozorcą, który dzielił ze mną tą niedolę, wyznakowałem główny szlak z dworca w Prudniku przez Dębowiec, Nową Wieś, Pokrzywną, Górę Zamkową, Srebrną Kopę do schroniska, skąd przez Jarnołtówek, Skowronków na Wzgórze Chrobrego i w dół do Głuchołaz. Niezależnie od tej trasy wyznakowałem 2 trasy dodatkowe, a mianowicie szlak zielony Doliną Bystrej przez Anusię do czerwonego szlaku oraz szlak żółty obok leśniczówki trawersem Góry Zamkowej, obok skoczni narciarskiej, trawersem Kopy Srebrnej do czerwonego szlaku do schroniska. Szlak czarny poprowadziłem z kąpieliska do mostu przez drogę na przeciwległy stok do Morskiego Oczka. Stąd dla turystów ukazał się wspaniały widok na masyw Kopy Biskupiej. Na trasie, jak również na punktach wyjściowych, umieściłem tablice informacyjne. Dla narciarzy wytrasowałem i wyznakowałem ceprostradę od szczytu do schroniska i dalej za znakami żółtymi do szosy w Pokrzywnej. Drugi wariant od schroniska za szlakiem zielonym w dół koło pompowni, a za zakrętem w prawo trawersem, przecinką na Anusię, skąd za gospodarstwem w lewo, dróżką do drogi w Dolinie Bystrej, omijając znane schody. Drugą nartostradę prowadziłem ze szczytu wprost, nie skręcając do schroniska, na drogę leśna, a z niej na przełaj w lewo przez "Sercówkę" do Jarnołtówka. Ruch narciarski poza wycieczkami z zakładów pracy był bardzo słaby. Być może, że i warunki śniegowe nie sprzyjały uprawianiu narciarstwa na tej górze. Warunki bytowe były bardzo trudne, gdyż rury wodociągowe w pewnym miejscu zamarzły, a wodę trzeba było nosić ze źródła przy drodze w odległości 100-150 m. Zaopatrzenie w żywność przy dobrych warunkach śniegowych było frajdą, gorzej było, gdy po krótkiej odwilży nastąpił mróz. Zlodowaciały szlak nie pozwalał na normalne przejście, a o nartach mowy nie było. Pamiętam, iż razu jednego udało mi się zejść na Anusię licznymi zakosami przez las. Powrót trwał nie 30 minut, a 2 godziny, a cały ten czas około 4 godzin musiałem poświęcić tylko po to, by zaopatrzyć się w 2 litry mleka, które w drodze powrotnej rozlałem. Atrakcją pewnego rodzaju był kącik regionalny wyposażony w rzeźbione krzesła i stoły ludowe. Na ścianach rogi i lamy naftowe, które dla nastroju bardziej były pożądane od światła elektrycznego, którego dostawcą był agregat.
Kronikę, którą założyłem, a która niestety zniknęła przy likwidacji schroniska, miała bardzo cenne wpisy i rysunki, nawet artystyczne. Krótki wstęp w tej kronice kończył się słowami: ... oddaję ten pamiętnik w ręce aktywu, który się przyczynił do szybkiego uruchomienia schroniska, w ręce turystów szukających wciąż nowych wrażeń i przygód, w ręce miłośników gór, którzy potrafią się rozkoszować w darze natury, w ręce wszystkich sympatyków i bywalców, którzy po trudach i mozolnej pracy tygodnia chcą odetchnąć górskim powietrzem szukając odpoczynku i nowych sił do dalszej pracy.
Pobyt w dali od swoich, od rodziny, silnie wpłynął na moją duszę, na moją psychikę i zrodziły się wtedy wiersze, zrodziło się pragnienie wypowiedzenia się, a nie było przed kim. Pewnego wieczoru, a było to w kwietniu 1958 r., powierzyłem swojemu pamiętnikowi następujące słowa:
Szumią drzewa wokół mnie
A spod Kopy wicher rwie
Obok ze stoków woda spływa
I wiosenne śniegi zmywa
Strumykami szybko płynie
W Złoty Potok tam w dolinie
Zła pogoda - przestrzeń mglista
Piorun za piorunem śwista
Jarnołtówek - Zlata Hora
Patrzę na Cię - piękna góra.
Tu w schronisku niby w grobie
Cicho, marzę wciąż o Tobie
Tyś mi dała te natchnienie
W ciężkich chwilach ukojenie
Gdy nastąpi to rozstanie
Smutne będzie pożegnanie
Pozostaną mi wrażenia
Miłe chwile do wspomnienia!
I nadszedł dzień rozstania. Pod datą 29. czerwca 1959 r. wpisałem do kroniki:
Żegnam Was,
żegnam Cię o Góro,
ten ptasi śpiew i szum lasu.
Idę w doły w ten szum ulicy
a budzić mnie będzie turkot
nocnych tramwajów.
Wspomnę Cię "Ślązaczko",
gdzie przeżyłem zimę, lato,
wysłuchałem ptasi śpiew,
odczuwałem wichru wiew.
Pozostaną mi wrażenia,
miłe chwile do wspomnienia.
Za wielkim poetą naszej ziemi powtarzam te jego słowa:
I smutno mi i żal tych dni,
które upojenie dały mi!
Erwin Mecha (Chorzów) 2004-04-02 |
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||